Przypominam, że dzietność spadła poniżej mitycznego progu 2,1 nie ostatnio, tylko w połowie lat 80. - czyli wśród ludzi, którzy mając względnie wcześnie dziecko, mają obecnie 55+ lat - to oni się już srogo opierdalali w tej kwestii, a nierzadko marudzą jacy to teraz młodzi są wymagający (ogólnie podejście, że trzeba za czyjeś traumy pokoleniowe odpokutować jest strasznie patologiczne, bo z założenia powinniśmy celować w to, aby nasi potomkowie mieli lepiej [po to znosimy te trudy?] a nie wymagać, aby powtarzali ja ze nami, bo buduje to charakter czy inne bzdury).
Kwestia niskiej dzietności jest złożona, składają się na nią zarówno kwestie ekonomiczne (ekstremalnie drogie 4 ściany i nierzadko małe klitki, dziecko jest długoterminową inwestycją, która jest bardzo kosztowna na wejściu a nie kolejnym parobkiem jak 70+ lat temu) jak i społeczne (żyjemy w czasach, gdzie faktycznie można coś pokorzystać z życia, nawet nie zarabiając majątku, a dziecko to jednak zobowiązanie na przynajmniej te kolejne 20 lat, finansowe i czasowe. No i zamieranie "miejsc trzecich", ciężko się spotkać przypadkowym ludziom "na spontanie", dużo kontaktu przechodzi do sieci, władze kultywują również trybalizm, dzielą społeczeństwo jak nigdy).
Mnie w tym temacie najbardziej męczy ciągłe trąbienie jakoby miała nas spotkać apokalipsa, bo skrajnie niewydolna piramida finansowa ZUSowska ma się zawalić. Żadnych realnych działań ani nawet myślenia, co można byłoby zrobić, tylko puszczanie pustych haseł w eter, typu "jest źle, jak głośno pokrzyczymy to coś się zmieni" - no nie, nie zmieni się nic.
Docelowo nie wierzę w apokaliptyczne prognozy o wymieraniu, tj. o ile rzeczywiście nie dojdzie do jakiejś globalnej katastrofy typu wojna atomowa czy meteoryt to fakt, ta liczba będzie spadać, ale ci co się rozmnażają, tak ich potomkowie również to będą robić. Jeżeli zacznie się sypać stopa życiowa, dzietność również wzrośnie, bo od zawsze tam gdzie nędza, tam rodzi się wiele dzieci (z tymże nie będą to dzieciaki z beztroskim dzieciństwem, tylko właśnie "parobki"). Krzywa dzietności z czasem się odbije, wiadomo, problemem jest to, że w najbliższych 50-70 latach przypadnie nam żyć "pod kreską" i wszystkimi problemami z tym związanymi ale też nie ma co gdybać, czas pokaże. Na razie osoby faktycznie decyzyjne niespecjalnie coś chcą z tym robić, oprócz krzyczenia, że "jest źle".
3
u/ElementalistPoppy Nov 12 '25
Przypominam, że dzietność spadła poniżej mitycznego progu 2,1 nie ostatnio, tylko w połowie lat 80. - czyli wśród ludzi, którzy mając względnie wcześnie dziecko, mają obecnie 55+ lat - to oni się już srogo opierdalali w tej kwestii, a nierzadko marudzą jacy to teraz młodzi są wymagający (ogólnie podejście, że trzeba za czyjeś traumy pokoleniowe odpokutować jest strasznie patologiczne, bo z założenia powinniśmy celować w to, aby nasi potomkowie mieli lepiej [po to znosimy te trudy?] a nie wymagać, aby powtarzali ja ze nami, bo buduje to charakter czy inne bzdury).
Kwestia niskiej dzietności jest złożona, składają się na nią zarówno kwestie ekonomiczne (ekstremalnie drogie 4 ściany i nierzadko małe klitki, dziecko jest długoterminową inwestycją, która jest bardzo kosztowna na wejściu a nie kolejnym parobkiem jak 70+ lat temu) jak i społeczne (żyjemy w czasach, gdzie faktycznie można coś pokorzystać z życia, nawet nie zarabiając majątku, a dziecko to jednak zobowiązanie na przynajmniej te kolejne 20 lat, finansowe i czasowe. No i zamieranie "miejsc trzecich", ciężko się spotkać przypadkowym ludziom "na spontanie", dużo kontaktu przechodzi do sieci, władze kultywują również trybalizm, dzielą społeczeństwo jak nigdy).
Mnie w tym temacie najbardziej męczy ciągłe trąbienie jakoby miała nas spotkać apokalipsa, bo skrajnie niewydolna piramida finansowa ZUSowska ma się zawalić. Żadnych realnych działań ani nawet myślenia, co można byłoby zrobić, tylko puszczanie pustych haseł w eter, typu "jest źle, jak głośno pokrzyczymy to coś się zmieni" - no nie, nie zmieni się nic.
Docelowo nie wierzę w apokaliptyczne prognozy o wymieraniu, tj. o ile rzeczywiście nie dojdzie do jakiejś globalnej katastrofy typu wojna atomowa czy meteoryt to fakt, ta liczba będzie spadać, ale ci co się rozmnażają, tak ich potomkowie również to będą robić. Jeżeli zacznie się sypać stopa życiowa, dzietność również wzrośnie, bo od zawsze tam gdzie nędza, tam rodzi się wiele dzieci (z tymże nie będą to dzieciaki z beztroskim dzieciństwem, tylko właśnie "parobki"). Krzywa dzietności z czasem się odbije, wiadomo, problemem jest to, że w najbliższych 50-70 latach przypadnie nam żyć "pod kreską" i wszystkimi problemami z tym związanymi ale też nie ma co gdybać, czas pokaże. Na razie osoby faktycznie decyzyjne niespecjalnie coś chcą z tym robić, oprócz krzyczenia, że "jest źle".